12 września 2016

Lęk przed odrzuceniem

fot. Leon Riskin, "Black Sheep surrounded" (CC BY 2.0)

Odtrącenie jest przeżyciem trudnym, a lęk przed jego odczuwaniem może stać się jednym z najgłębszych lęków człowieka. Naturalną potrzebą każdego jest  pragnienie akceptacji, bycia ważnym, przyjętym przez otoczenie, otrzymywania wsparcia i opieki od innych ludzi. Pragnienie to rozwija się naturalnie. Jako dzieci całkowicie zależymy od innych. Uniezależniając się i dorastając, nadal potrzebujemy dobrych, zdrowych relacji.

Poczucie opuszczenia jest jednak doświadczeniem powszechnym. W życiu każdej osoby zdarzają się sytuacje, gdy jego ważne sprawy nie spotykają się z wystarczającym zainteresowaniem, gdy pragnienia i potrzeby nie są zaspokajane. Zdarza się to zarówno w związkach z najbliższymi, ze znajomymi, czy w pracy, we wczesnym dzieciństwie, jak i w dorosłym życiu. Niekiedy sytuacje te są wydarzeniami wielkiej wagi, innym razem nie są tak poważne, związane są z sytuacjami zwykłymi, codziennymi. Szczególnie trudne są te wydarzenia, w których przeżywając odrzucenie pozostajemy samotni, pozbawieni wsparcia. Gdy jesteśmy osamotnieni we swoim nieszczęściu opuszczenia, doznajemy wtórnego opuszczenia. Doświadczając odrzucenia przeżywamy znacznie mniej emocji przyjemnych i jednocześnie całą gamę przykrych: począwszy od rozczarowania przez smutek, frustrację, złość, lęk - czasem wszechogarniający. Gdy przechodzimy emocjonalne zranienie pragniemy się bronić i odsuwamy się od jego przyczyny: osoby lub sytuacji. Kiedy zranienie jest częste lub głębokie boimy się powtórzenia podobnej sytuacji i jaki szukamy sposobów, aby się nie zdarzały.

Próbując poradzić sobie z przykrymi emocjami znajdujemy dla nich wyjaśnienie. Im większe zranienie, tym bardziej działamy pod wpływem przeżywanych emocji i zaczynamy szukać przyczyn odrzucenia w nieracjonalny sposób. Wierzymy, iż to że spotyka nas odrzucenie jest całkowicie naszą winą, że jesteśmy nieatrakcyjni, odstraszający, nie zasługujemy na uwagę, czy miłość. Próbując zrozumieć dlaczego nie byliśmy wystarczająco ważni dla osób, które były ważne dla nas dochodzimy do przeświadczenia, że to z nami jest coś nie tak. Lęk przed odrzuceniem może stać się jedną z najważniejszych motywacji życiowych i powodować nieumiejętność cieszenia się życiem. Czasem jest tak silny, że zapominamy o sobie. Działając pod jego wpływem staramy się schować, czasem pokazując twarz, którą jak sądzimy łatwiej zaakceptować. Nie dopuszczamy do głosu własnych potrzeb, emocji, a nawet opinii. Oddalamy się od siebie samych, przesadnie koncentrując na innych osobach. Wchodzimy w związki, w których jesteśmy bardzo zależni, oczekujemy "wynagrodzenia" naszego bólu przez jedną idealną, poświęconą nam w całości osobę. Kurczowo trzymamy się swoich relacji, wpadamy w obsesyjną zazdrość, zachowujemy się agresywnie.

Często gniew kierujemy także na zewnątrz. Uważamy, że to świat i inni ludzie są źli, podli i interesowni. Bojąc się zaangażowania i oczekując druzgocącego doświadczenia odrzucamy osoby, które mogą być bliskie, ludzi, którzy mogą dać rzeczywiste wsparcie. Nawiązujemy relacje z osobami, które także niechętnie się angażują, a sprawdzający się scenariusz opuszczenia nakręca błędne koło lęku, gniewu i ucieczki. Czasem strach przed odrzuceniem powoduje, że stronimy od budowania głębszych relacji - "technicznie" patrząc na innych - jako na narzędzia konieczne i przydatne do funkcjonowania.

Podobnie, jak w przypadku innych zranień, których doznaliśmy w relacjach, uzdrawiająca z niewoli lęku przed odrzuceniem może stać się relacja. Dzięki dobremu związkowi z drugim człowiekiem możemy nauczyć się rozumienia siebie, dawania  sobie pocieszenia i proszenia o pocieszenie innych. Aby przerwać błędne koło używania starych nieskutecznych sposobów na znane problemy, potrzebna jest jednak relacja, która będzie inna niż dotychczasowe. Badania pokazują, że psychoterapia i kontakt z psychoterapeutą mogą być efektywnym sposobem na wyjście z zaklętego kręgu lęku i niekonstruktywnych, pogłębiających problem sposobów radzenia sobie. Dzięki niej możemy doświadczyć akceptacji dla swoich trudnych uczuć i opieki, zrozumieć że nie każda z relacji, które kończą się dla nas przykro jest naszą porażką. Możemy też lepiej rozumieć siebie i przyczyny opuszczeń - realnie patrząc na siebie i drugiego człowieka. W dobrej relacji możliwe jest otwarcie się na doświadczenie, przyjęcie go, akceptacja i opieka nad własnymi trudnymi uczuciami. Czasem uzdrawiające staje się uznanie, że jesteśmy ludźmi jak inni,  pragnącymi i potrzebującymi bliskości,  przeżywającymi odrzucenie i jak inni ludzie nie jesteśmy w całości ani nieatrakcyjni, ani odrzucający.

Żadna realnie bliska relacja nie spowoduje jednak, że głód akceptacji zostanie w całości zaspokojony - ta potrzeba zostaje w nas, choć nie musi nierozerwalnie wiązać się z przerażającym lękiem. Nawet bardzo otwarty na nas drugi człowiek, nie odpowie na każdą naszą potrzebę. Co więcej, jeżeli jest osobą dobrze funkcjonującą - zadba o siebie, nie tylko o związek czy o nas. Bliska relacja ze sobą i z drugą osobą nie spowoduje także, że sytuacje odrzucenia nie będą dla nas przykre. Może jednak sprawić, że będą one mniej dotkliwe, staną się przeżyciem bardziej realnie związanym z sytuacją, z naszymi ograniczeniami, ograniczeniami drugiej osoby. Otworzenie się na siebie i innych, wyrażanie i otrzymanie zrozumienia dla swoich emocji pozwala spojrzeć na siebie bez czarnych okularów. Trudne momenty zdarzają się w wielu obszarach naszego życia - nie świadczy to o naszej bezwartościowości. Bliska więź może pozwolić także realistycznie spojrzeć na drugą osobę z jej potrzebami, ograniczeniami, a także z jej chęcią i możliwością bycia wsparciem dla nas. W takiej relacji możemy także nauczyć się, aby z jednej strony na wszelki wypadek nie odtrącać osób, które mogą być nam bliskie, a z drugiej nie wytrzymywać i sztucznie podtrzymywać związków, które nas ranią i nie dają szans na bliskość.

25 sierpnia 2016

"Nigdy dość dobra" - recenzja książki


W połowie września na polskim rynku pojawi się nowa pozycja: "Nigdy dość dobra. Jak wyzwolić się spod destrukcyjnego wpływu narcystycznej matki." autorstwa Karyl McBride. Dziś kilka słów i refleksji na jej temat.

Temat książki jest ciekawy i aktualny. Narcystyczne cechy przejawia coraz więcej osób, części przyczyn można szukać w historiach rodzinnych. W książce autorka – psychoterapeutka z wieloletnim doświadczeniem w pracy terapeutycznej oraz, jak otwarcie przyznaje, córka narcystycznej matki - szczegółowo opisuje czym jest narcyzm, pokazuje związki między narcystycznymi cechami osobowości matki a dziecięcymi i dorosłymi emocjami i zachowaniami córek. Trzeba jednak uprzedzić, że książka jest w zamyśle napisana jako poradnik samopomocowy, co, przyznam, jest moim głównym zastrzeżeniem wobec tej pozycji.

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich - "Identyfikacja problemu" - opisuje czym jest narcyzm i jak może przejawiać się w zachowaniu matek w stosunku do ich córek. Autorka tłumaczy, jaki rodzaj więzi tworzy się między narcystyczną matką a jej córką, oraz czym różni się ona od zdrowej relacji. Wskazuje wiele, często poruszających przykładów z praktyki klinicznej, filmów oraz własnego doświadczenia. W języku, którego używa McBride czuć intencję edukacyjną, ale też sporą dozę empatii wobec doświadczeń córek: 
"Narcystyczna matka postrzega córkę […] jako odzwierciedlenie i przedłużenie samej siebie, a nie jako odrębną osobę obdarzoną unikalną tożsamością. Wywiera na córkę presję, by ta zachowywała się i reagowała na świat i otoczenie dokładnie tak, jak robiłaby to ona sama, a nie tak, jak może to być stosowne w poczuciu córki. Dlatego córka nieustannie stara się odkryć "najwłaściwszy" sposób reagowania na wymagania matki, który zapewni jej miłość i akceptację. […] narcystyczna matka nigdy nie okazuje córce aprobaty, gdy ta jest po prostu sobą, tymczasem jest to coś, czego córka rozpaczliwie potrzebuje, by wyrosnąć na pewną siebie kobietę.” (str. 28).

W całej książce znajdziemy zachęty i preteksty do przyjrzenia się swojej relacji z matką bez "różowych okularów". Ułatwiają to kwestionariusze, wypunktowania, stworzone przez autorkę typologie. Pomocne w zwiększaniu samoświadomości dotyczącej swojej relacji z matką mogą być na przykład wyróżnione przez autorkę destrukcyjne elementy dynamiki relacji narcystycznej matki z córką, które autorka nazywa "dziesięcioma żądłami" czy typy narcystycznych matek. 

Druga część książki przesuwa pole widzenia na teraźniejszość pokazując, w jaki sposób historia rodzinna może przejawiać się w aktualnym życiu córek - jej wpływ na poczucie własnej wartości, funkcjonowanie na polu zawodowym, w życiu osobistym, a także na związki i macierzyństwo. Znajdziemy tu nową porcję informacji na temat możliwych mechanizmów psychologicznych oraz bogactwo przykładów zachęcających do przeglądania się w nich jak w lustrze.

O ile w dwóch poprzednich częściach przeważają elementy psychoedukacyjne, o tyle trzecia część książki koncentruje się na instrukcjach, w jaki sposób samodzielnie przeprowadzić swój „proces zdrowienia”. Przedstawia, jakie problematyczne obszary u córek narcystycznych matek mogą wymagać zmiany, wymienia kroki, które trzeba podjąć, podaje również propozycje zadań i ćwiczeń do samodzielnego wykonania. Sporą część informacji zawartych w tej części uważam za wartościową. Jednocześnie założenie, że z bolesnej historii można uleczyć się dzięki książce, budzi mój sprzeciw. Rzut okiem na niektóre podtytuły wskazuje już, jak trudne (nierealne?) zadania autorka stawia przed czytelniczkami: „Przyjęcie do wiadomości ograniczeń matki”; „Naucz się żałoby”; „Opłakiwanie matki, której nigdy nie miałaś”; „Opłakiwanie utraty dziecka, którym nie mogłaś być”, „Oddzielanie się od matki”. 

Byłoby cudownie, gdyby można było, z pomocą książki, wykonać samodzielnie głęboką pracę nad swoimi emocjami, myślami i zachowaniami, które kształtowały się przez lata w jednej z najważniejszych dla człowieka relacji. Praktyka pokazuje jednak, że nie jest to możliwe bez uczestnictwa drugiej osoby i doświadczenia bliskiego, korektywnego kontaktu. Poszerzanie swojej wiedzy czy świadomości to ważne elementy, ale nie wystarczające. Wartościowe jest realistyczne spojrzenie na swoją przeszłości, jednak trudno zrobić to samodzielnie, przeoczyć możemy też pojawiające się w związku z faktami emocje. Ważne jest, by dopuścić do siebie dawne uczucia, ale gdy zrobimy to w samotności, znów będziemy sami i opuszczeni. Do poradzenia sobie z doświadczeniem traumy w relacjach niezbędna jest inna, zdrowsza relacja. Czytanie o bezwarunkowej akceptacji, empatii i autentyczności w relacjach realnie nic nie zmieni - trzeba ich doświadczyć. Czasem może się to zadziać w kontakcie z mądrymi bliskimi ludźmi, którzy znajdą się na naszej drodze, często z terapeutą w trakcie psychoterapii. Autorka dwa razy napomyka zresztą o wartości skorzystania z pomocy terapeuty. Szkoda, że ten przekaz ginie w powtarzanej kilkakrotnie deklaracji, że postępując krok po kroku zgodnie z jej zdaje się uniwersalnymi dla wszystkich córek zaleceniami, można samodzielnie przeprowadzić swój proces zdrowienia. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że taki pomysł ze strony autorki jest nieco… narcystyczny.

Mimo tego zastrzeżenia, książka wydaje mi się warta uwagi. Przydatna może okazać się kobietom, które zainteresował już sam tytuł - być może to dlatego, że jest on ważny dla nich osobiście - a także tym, które mają poczucie, że w ich relacjach z matkami były - mniejsze lub większe, bardziej lub mniej określone - braki. Lektura tej książki może być dobrym pierwszym krokiem na drodze przyglądania się sobie i swojej historii rodzinnej. Zachęcam jednak do czytania jej nie z myślą o zadaniach do wykonania, ale jako inspiracji; do sprawdzania, które z wątków mnie poruszają, a które są mi obce. Swoimi odkryciami radzę dzielić się z tymi bliskimi, od których możemy liczyć na prawdziwe wsparcie, bądź z terapeutą. Taka pełna uwagi i wrażliwości na siebie lektura, bez żadnych dodatkowych ambitnych planów i założeń będzie - zapewniam - wystarczająco dobra.


31 lipca 2016

Czy jesteś nastawiony na rozwój?


Co decyduje o tym, czy osiągamy w jakiejś dziedzinie mistrzostwo, że jesteśmy w czymś bardzo dobrzy? Niektórzy twierdzą, że są to wrodzone zdolności, cechy, coś z czym przychodzimy na świat i czego nie można w znaczący sposób zmienić. Inni uważają, że zmiana jest możliwa, a kluczem do niej jest celowe zaangażowanie, wysiłek, praca. Carol Dweck nazywa to pierwsze podejście nastawieniem na trwałość, drugie zaś nastawieniem na rozwój i w swojej książce „Nowa psychologia sukcesu” pokazuje, jak każde z nastawień wpływa na różne obszary życia - edukację, pracę zawodową, związki z ludźmi.

Nastawienie na trwałość to przekonanie, że cechy człowieka są niezmienne, że jesteśmy zdolni, inteligentni, mądrzy, posiadamy pożądane cechy osobowości lub nie. Koniec, kropka. Ludzie z takim nastawieniem czują przymus nieustannego potwierdzania swojej wartości. Za każdym razem, gdy podejmują się jakiegoś zadania, podchodzą do egzaminów, biorą udział w zawodach, konkursach czy zabierają publicznie głos, rzucają na szalę wszystko, całego siebie. Albo odniosą sukces i udowodnią, że są coś warci, albo przydarzy im się porażka, która w ich mniemaniu potwierdzi to, czego zawsze się obawiają, że są niewystarczający, niekompetentni, nieudani. Nastawienie na trwałość oznacza życie w ciągłym strachu, że pewnego dnia świat odkryje, jaki jesteś naprawdę, że jesteś niewiele wart. Towarzyszy mu lęk przed krytyką. Oznacza też niechęć do podejmowania wyzwań, mierzenia się z trudniejszymi zadaniami i ciągłe wątpliwości co do wartości swoich działań i umiejętności. Takie osoby niechętnie uczą się nowych rzeczy, ponieważ nie mają pewności, że im się uda, że odniosą sukces. Kiedy mogą wybrać typ zadania do wykonania, zwykle wybierają zadania łatwiejsze, dające pewność sukcesu.

Nastawienie na rozwój to przeciwieństwo nastawienia na trwałość. Ludzie z takim nastawianiem są przekonani, że różne cechy i umiejętności można rozwijać przez pracę. Nie oznacza to wiary, że każdy może osiągnąć wszystko, czego zapragnie, bo ludzie różnią się pod względem talentu, zdolności, temperamentu. Nastawienie na rozwój to postawa zmiany i doskonalenia się. Jeśli się przyłożysz, włożysz w coś odpowiednio dużo wysiłku, osiągniesz więcej, choć może nie wszystko. A może wszystko? Wszak pełny potencjał jednostki nie jest znany i wiemy o swoich możliwościach tylko tyle, ile spróbowaliśmy, doświadczyliśmy. Wyróżnikiem osób nastawionych na rozwój jest chęć podejmowania wyzwań i wytrwałość, również wówczas, gdy napotykają trudności, gdy zdarzają się porażki. Bywa, że potknięcia motywują takich ludzi jeszcze bardziej, potrafią przekuwać porażki w przyszłe sukcesy. Osoby z nastawieniem na rozwój potrafią też adekwatnie oceniać swoje umiejętności i działania i są gotowi skorzystać z każdej okazji do nauki. Wybierają często trudniejsze zadania, będące dla nich wyzwaniem, bo czerpią przyjemność z pokonywania swoich ograniczeń.

Jakie jest twoje nastawienie? Możesz to sprawdzić wykonując następujące ćwiczenie:
Wyobraź sobie, że zapisałeś się na kurs, uczysz się czegoś zupełnie nowego. Prowadzący zadaje ci pytania, sprawdza czego się nauczyłeś a ty masz trudności z udzieleniem odpowiedzi. Jakie myśli pojawiają się w twojej głowie? Jakie uczucia im towarzyszą? Jeśli sądzisz, że w tej sytuacji wszyscy cię oceniają, że możesz wyjść na głupka, że się do tego nie nadajesz i cała ta nauka nie ma sensu, czujesz lęk, kurczysz się w sobie, to prawdopodobnie nastawiony cechuje cię nastawienie na trwałość. Jeśli potrafisz sobie powiedzieć, że dopiero zaczynasz się uczyć, masz prawo nie wiedzieć, że jesteś tu po to, aby się nauczyć i zamierzasz włożyć w naukę wysiłek, to prawdopodobnie jesteś nastawiony na rozwój.

Dobra wiadomość to ta, że nastawienie można zmienić. Warto przyjrzeć się swoim reakcjom, myślom, uczuciom w różnych sytuacjach życiowych, szczególnie takich kiedy pojawiają się trudności, czy to w pracy, czy w szkole, czy w związkach z ludźmi. Warto zrobić sobie rachunek zysków i strat wynikających z pielęgnowanego przez nas nastawienia na trwałość i uczyć się tego, że sukces to przekraczanie kolejnych granic, dążenie do rozwoju, a niekoniecznie oznaka niezmiennych, wrodzonych zdolności. Nastawienie na trwałość to przymus bycia jakimś, nastawienie na rozwój to proces stawania się, zmiany, wzrastania.



Carol Dweck, Nowa psychologia sukcesu, Muza SA, Warszawa 2014

20 lipca 2016

O wyrozumiałości dla siebie





Współczucie jest stanem szlachetnym, nastawionym na relację, pomoc, solidarność. Kiedy okazujemy współczucie - zauważamy, że drugi człowiek cierpi, emocjonalnie odbieramy to cierpienie (współ-czujemy), odczuwamy ciepło, troskę i chęć pomocy osobie w kłopocie. Współczucie oznacza także okazanie życzliwości (a często także szacunku) i zaniechania  surowych ocen, w przypadku strat, niepowodzeń i upadków. Jest także postawą, w której rozumiemy, że ludzie ze swej natury po prostu doskonali nie są. Dla wielu z nas taka postawa wobec osób, które kochamy jest nie tylko możliwa, ale i pożądana. Pragniemy wysłuchać, pocieszyć, pokazać, że rozumiemy, że nawet duże pomyłki i błędy nie muszą przekreślać drugiej osoby, przekreślać sensu jej istnienia. Chcemy o sobie myśleć, iż jesteśmy ludźmi zdolnymi do współczucia.  

 

Gdy jednak chodzi o nas samych - często nie decydujemy się go samym sobie okazać. Dla wielu z nas, choć go potrzebujemy, współczucie wobec siebie nie może być dobre. Uważamy, że bycie dla siebie dobrym, cierpliwym i łagodnym może sprowadzić nas na manowce rozleniwienia, rezygnacji z celów, dążeń i pragnień. Spowoduje, iż staniemy się ludźmi niemoralnymi, nieliczącymi się z innymi. W trudnych chwilach, zamiast dodawać sobie otuchę chcemy udowadniać że wszystko jest w porządku - trzymać fason udając, że nic się nie dzieje. Co więcej - niejednokrotnie stajemy się swoimi najzagorzalszymi krytykami, bezlitośnie wytykamy sobie błędy, powiększamy ich znaczenie, uogólniamy (skoro stać nas było na czyny podłe, nie zapobiegliśmy utracie, czy popełniliśmy błędy - jesteśmy podli, pozbawieni wyobraźni, uszkodzeni).

 

Współczucie dla siebie związane jest z łagodnością, uważnością na siebie samego, nie ignorowania i nie wyolbrzymiania swoich kłopotów. Jest też zrozumieniem, że nie jesteśmy samotnymi, wyizolowanymi wyspami - trudności, błędy, kryzysy, czy niedoskonałości są udziałem każdego człowieka.

 

Współczucie dla siebie nie jest jednak egocentrycznym użalaniem się nad sobą, które skoncentrowane jest jedynie na swoim cierpieniu i ignorowaniu innych. Potrafić zrozumieć siebie i dać sobie prawo do swojego bólu, nauczyć się nieść sobie prawdziwą pociechę jest ważną życiową umiejętnością. Co więcej, może także ułatwić zrozumienie innych i bycie otwartym na niesienie im pomocy. Współczucie nie jest także obojętnym rezygnowaniem z ważnych spraw i poszukiwaniem chwilowej ulgi, by nie musieć mierzyć się z wyzwaniami. Jest takim traktowaniem siebie, które nastawione jest na realizację prawdziwych potrzeb, co choć nie zawsze łatwe, jest wartością zarówno w krótszym, jak i w dłuższym czasie. Jest nastawione na nas samych, nie tylko na chwilowe (w dłuższej perspektywie szkodzące nam) obniżanie napięcia. Jest wyrazem troski i miłości do siebie, nie zaś podążaniem za impulsami. Okazanie sobie współczucia, może być motywacją do wprowadzania zmian w swoje niezdrowe, krzywdzące siebie myśli i zachowania.

 

Współczucie dla siebie nie jest również tym samym, co wysoka, niska, czy nawet realistyczna samoocena. Samoocena wiąże sie z ocenianiem samych siebie, często także porównywaniem się z innymi osobami, potwierdzaniem własnej wartości lub bezwartościowości. Współczucie dla siebie ma niewiele wspólnego z tym procesem - nie używa kategorii ocen, nie musimy zasłużyć, by móc je sobie dać. Jest związane z byciem osobą. I jak innym ludziom / stworzeniom - możemy je sobie podarować tylko z tego powodu.

 

Współczucia można się nauczyć, nawet w dorosłym życiu - nawet jeżeli nie leży ono w naszym zwyczaju, czy zwyczaju znanych nam osób. Obcując z innymi i otwierając się na nich - uczymy się współczucia dla innych, a dobrze rozumiejąc siebie i pozwalając sobie na autentyczne odczuwanie - współczucia dla siebie.


Więcej na temat współczucia dla siebie: na stronie i w publikacjach Dr Kristin Neff, http://self-compassion.org/

27 czerwca 2016

Czas po zakochaniu - czyli o bliskich długotrwałych związkach


Bycie w bliskim, długotrwałym związku to jedno z trudniejszych zadań, jakie napotykamy. Wnosimy w niego doświadczenia z wcześniejszych relacji, własną osobowość, nawyki, a wszystko to wchodzi w interakcję z nie mniej skomplikowaną rzeczywistością drugiej osoby.
Nic dziwnego, że w relacjach oprócz okresów harmonii w naturalny sposób wciąż czekają nas wyzwania, przeszkody, niespodzianki, kryzysy. Nie ma jednej recepty na dobry związek, ani jednego właściwego modelu bliskiej relacji. Można jednak wyróżnić takie jej właściwości, które sprzyjają osiąganiu z niej satysfakcji.

Nieraniąca komunikacja
Konflikty są nieuniknione, mogą zresztą budować i rozwijać zarówno związek, jak i każdego partnera z osobna. Ważne są jednak intencje i sposób komunikacji różnicy zdań i rozbieżności potrzeb. Strategie, które nie służą budowaniu związku to szukanie winnych i bronienie się przed winą. Konstruktywną alternatywą jest nastawienie na wyrażenie siebie, zrozumienie partnera oraz szukanie rozwiązań. Warto też być uważnym, jakie intencje kierują nami w trakcie konfliktu. Czy szukamy porozumienia? Czy jesteśmy gotowi zobaczyć swój udział w konflikcie? Czy jesteśmy zainteresowani perspektywą partnera? A może chcemy, by partner "poczuł jak bardzo nas skrzywdził", "zobaczył jak źle się zachował", "uznał, że to przez niego my czujemy się źle"?

Dojrzałość emocjonalna
Dobre funkcjonowanie emocjonalne jest ważnym atutem przy budowaniu bliskich związków. W obliczu rozmaitych okoliczności życiowych przyda nam się umiejętność i gotowość do mierzenia się z różnymi emocjami - zarówno własnymi, jak i partnera. Podstawą jest zdolność rozpoznawania co przeżywamy, czego chcemy i czego nie chcemy - także wtedy, gdy uczucia są trudne lub należą do naszej ciemnej, nielubianej przez nas strony. Osoba dojrzała emocjonalnie potrafi zaakceptować, że może się złościć, bać, czuć zazdrość, że czasem zachowuje się egoistycznie lub raniąco. Gdy potrafimy przyjąć podobną część od swojego partnera, tworzy się nowy obszar wspólnego bycia. Prawdziwe i pogłębione związki będą też wielokrotnie wymagały gotowości do żegnania się z iluzjami - na temat siebie, partnera, życia. Umiejętność przeżycia tych strat jest kolejnym budulcem relacji.

Kryzysy naturalne
Gotowość do mierzenia się z trudnościami jest niezbędna, jeśli chcemy stworzyć trwały związek. Warto uznać, że są one naturalnym i koniecznym elementem związku, a ich przezwyciężanie to okazja do rozwoju i pogłębienia relacji. Szkodliwe jest gdy pragniemy, by w związku było tylko przyjemnie, a kryzysy traktujemy automatycznie jako dowód, że wybraliśmy nie tego partnera. Związek to wciąż dziejący się proces, nie ustalony raz na zawsze stan.

Optymalny dystans
Aby partnerzy mogli czerpać satysfakcję ze związku, potrzebne jest, by znaleźli optymalną dla siebie równowagę między bliskością a dystansem. Wymaga to założenia, że ważne są trzy elementy: moje indywidualne potrzeby, twoje indywidualne potrzeby oraz potrzeby związku. Dbałość o każdy z nich pozwoli na znajdowanie równowagi między byciem razem i byciem osobno.

Elastyczność w przyjmowaniu różnych ról
W związkach często zdarza się, że do głosu dochodzą wzorce partnerów z rodzin pochodzenia - na przykład w relacji szukamy tego, czego nie dostaliśmy w dzieciństwie. Nie jest to kłopot, jeśli jest to jedna z możliwości zachowania. Zagrażające bywa dla związku jednak sztywne trzymanie się tylko jednego podziału ról - np. jeden z partnerów zawsze wymaga opieki, a drugi ją daje. Co prawda taka sztywność może na krótką metę scalać związki - także jeśli bywa toksyczna. Nawet jednak, gdy jest akceptowana przez oboje partnerów niesie ze sobą koszty: brak możliwości rozwoju siebie, rozmaitych części własnej osobowości a także ryzyko, że związek się załamie, gdy okoliczności zewnętrzne uniemożliwią trwanie w znanym schemacie.

Bycie w bliskim, długotrwałym związku bywa trudne, skomplikowane, wymagające. Jednocześnie, gdy podejmujemy to wyzwanie, korzyści mnożą się. Mamy szansę rozwinąć się jako osoby, doświadczyć coraz głębszych kontaktów, coraz mądrzej i pełniej przeżywać życie. Warto?




Tekst inspirawany książką: „Kochaj wystarczająco dobrze”. A. Jucewicz, G. Sroczyński

31 maja 2016

Dialog z samym sobą i autentyczność w komunikacji



Po raz kolejny wracamy do tematu „Sztuki rozmawiania”. Uważni czytelnicy naszego bloga mogą pamiętać artykuły poświęcone czterem płaszczyznom wypowiedzi (Co autor miał na myśli, czyli co komunikujemy, kiedy mówimy), czyli kwadratowi komunikacji zaproponowanemu przez Friedemanna Schulza von Thuna oraz czterem płaszczyznom odbioru komunikatów, czyli słuchaniu czworgiem uszu (Którym uchem słuchasz, czyli kwadratowej komunikacji ciąg dalszy). Dziś wprowadzimy naszych czytelników do pojęcia „wewnętrznego zespołu” – mnogości głosów, często sprzecznych ze sobą, obecnych we wnętrzu każdego z nas.

Dla Friedemanna S. von Thuna, najważniejszym kryterium dobrej komunikacji jest współbrzmienie, definiowane jako „podwójna zgodność zarówno z samym sobą, jak również z ogólnym charakterem sytuacji”. Inaczej mówiąc, współbrzmienie to autentyczność, wrażliwość na siebie samego, swoją tożsamość oraz wyczucie sytuacji, kontekstu zewnętrznego. Bycie dobrym partnerem do rozmowy wymaga więc spojrzenia w siebie, w swoje wnętrze i otworzenia oczu na system, kontekst, otoczenie, posiadania informacji o wewnętrznym człowieku i zewnętrznej sytuacji.

Co oznacza wrażliwość na samego siebie? Człowiek nie jest bytem jednorodnym. We wnętrzu każdego człowieka mieszka wielu rozmówców, panuje pluralizm, słyszalne są różnorodne, czasem sprzeczne ze sobą głosy. Niektóre są silne i dobrze słyszalne, inne słabsze, nieśmiałe, jeszcze inne ledwo dostrzegalne, dochodzą do głosu po dłuższym czasie. Są i takie, których praktycznie nie słyszymy, które dają o sobie znać poprzez emocje, których doświadczamy czy dolegliwości somatyczne niewiadomego pochodzenia. Niektórych głosów w naszym wnętrzu się wstydzimy, ich obecność przeżywamy jako nieprzyjemną, przykrą, niechcianą. Wszystkie te głosy tworzą nasz „wewnętrzny zespół”, przypominający dynamiką grupy i zespoły znane nam z otoczenia społecznego czy zawodowego. Wewnętrzny zespół to odzwierciedlenie tego, co przeżywamy podczas gdy kwadrat wypowiedzi obrazuje to, co wypowiadamy. Aby komunikować się autentycznie, spośród mnogości głosów w naszym wnętrzu musimy stworzyć jednolite „ja”. To zadanie naszego wewnętrznego szefa, odpowiedzialnego za radzenie sobie z wewnętrznymi konfliktami w zespole. Skład wewnętrznego zespołu i jego ustawienia zależą od sytuacji i aktualnego kontekstu.

Wewnętrzne głosy to nosiciele naszych dążeń, wartości, przekonań, potrzeb. Pojawiły się w reakcji na nasze życiowe doświadczenia, są głosami ważnych osób z naszego życia, odzwierciedlają kulturę, w jakiej żyjemy, otoczenie społeczne, czasem aktualne położenie życiowe. Każdy z nich ma swoje „orędzie”, posiadające trzy wymiary: poznawczy (myśli), emocjonalny (uczucia) i motywacyjny (potrzeby). Rozpoznanie naszych wewnętrznych rozmówców, poznanie ich i zrozumienie to sposób na poszerzanie samoświadomości i lepsze rozumienie siebie. Poznanie i akceptacja niechcianych wewnętrznych rozmówców wzmacnia naszą autentyczność. Doprowadzenie do współpracy i porozumienia pomiędzy członkami naszego wewnętrznego zespołu pozwala na efektywniejsze działanie, prowadzi do rozwoju.

Kim więc są członkowie twojego wewnętrznego zespołu? Jakie orędzie wygłaszają? Co reprezentują? Czy słyszysz w sobie „popędzacza”, „zagonionego”, „współczującego”, „oburzonego”, „skłonnego do pomocy”, „myślącego o sobie”? Być może w twoim wnętrzu mieszkają te lub zupełnie inne osoby. Czasem trudno je rozpoznać bo wchodzą ze sobą w sojusze, kompromisy a nasze zachowanie jest wypadkową ich działania. Bywa, że ich reakcje zmieniają się w zależności od okoliczności – raz się oburzają, innym razem reagują zadowoleniem. Możesz próbować poznawać je samodzielnie, dokonać swoistego „spisu ludności”, wglądu w siebie. W ich poznawaniu pomóc też może coach, psycholog, psychoterapeuta. A poznawać je i skłaniać do współpracy warto, bo jak pisze Friedemann Schulz von Thun „Tajemnica twórczego życia zawodowego i psychicznego (z efektywnością na zewnątrz i dobrą atmosferą wewnętrzną) leży w udanym współbrzmieniu kooperatywnego kierownictwa i pracy wewnątrz zespołu”.


Cytaty pochodzą z książki "Sztuka rozmawiania", część 3 - Dialog wewnętrzny, Friedemanna Schulza von Thuna (Wydawnictwo WAM, Kraków 2007)

10 maja 2016

Emocjonalne manowce




O tym, że "czucie i wiara" są dla nas niezastąpionym drogowskazem, informacją o rzeczywistości, komunikatem o nas samych, czy o naszych relacjach, psychologowie mówią dużo i często. Także na naszym blogu można znaleźć niejeden post, o tym, że emocje zasadniczo służą nam i naszemu rozwojowi, o tym jak kształtują naszą wewnętrzną rzeczywistość i nasze porozumiewanie się ze światem zewnętrznym. Każdy z nas doświadczył jednak sytuacji, w której reakcje emocjonalne jego samego lub bliskich mu osób wydawały się nieadekwatne, niezwiązane z sytuacją  lub  prowadziły do problemów.

Jedno z wyjaśnień kłopotów związanych z emocjami przedstawili twórcy podejścia terapeutycznego skoncentrowanego na emocjach.* Zaproponowali oni pojęcie schematów emocjonalnych - niedostępnych świadomości procesów, dzięki którym rozumiemy i porządkujemy nasze doświadczenie i które bezpośrednio motywują nas do wyboru takiego, a nie innego sposobu działania. Reakcje emocjonalne mogą być adaptacyjne i dysfunkcyjne. Pierwotne emocje adaptacyjne pomagają nam w funkcjonowaniu. Bezpośrednio i natychmiast odnoszą się do sytuacji, w której się znajdujemy. Są adekwatne do sytuacji i pozwalają nam na reagowanie, które będzie nas chronić, czy motywować do zaspakajania potrzeb. I tak złość pozwoli nam obronić się przed atakiem, strach unikać zagrożenia, a wstyd zmotywuje do naprawiania niestosownych zachowań i pielęgnowania dobrych relacji z innymi ludźmi.

Twórcy podejścia rozróżnili także trzy formy dysfunkcyjnych reakcji emocjonalnych. Pierwszą z nich są reakcje nieadaptacyjne, przeszkadzające w zdrowej egzystencji. Są bezpośrednią odpowiedzią na daną sytuację, jednak nauczyliśmy się ich wcześniej, często w trudnych, czy wręcz traumatycznych okolicznościach. Przykładem takiej reakcji jest gniew, gdy ktoś okazuje nam troskę. Taki stan może być wynikiem doświadczenia, w którym nasz ból spotkał się z pozornym ciepłem i z rzeczywistym wykorzystaniem. Gniew jest zatem adekwatną reakcją na przekraczanie granic, a trudne doświadczenie połączyło ścisłym węzłem troskę z nadużyciem.

Wtórne reakcje emocjonalne związane są bezpośrednio z pierwotnymi i jednocześnie je zagłuszają. Są reakcją na reakcję. To sytuacje, gdy osoba, zmienia swoją pierwotną emocję na inną. Ten proces wiąże się z brakiem akceptacji (najpierw otoczenia, a potem swojej) dla prawdziwej odpowiedzi na sytuację dane wydarzenie. Zdarza się na przykład, że z różnych powodów nie wolno nam pokazywać pewnych emocji np. gdy dziewczynka w reakcji na atak czuje i okazuje adekwatną złość, lecz jest za nią karcona ("nie wypada", "dziewczynki powinny być miłe", "taka wściekła jesteś bardzo brzydka") - pragnąc akceptacji, nie może jawnie okazywać złości. Może za to zupełnie otwarcie przeżywać smutek. Na atak reaguje więc smutkiem i zamiast bronić się w asertywny, czy nawet agresywny sposób, smuci się i staje jeszcze bardziej bezbronna. W podobnej sytuacji często znajdują się chłopcy, którzy niczego się nie boją i nie płaczą.

"Krokodyle łzy" są przykładem instrumentalnych reakcji emocjonalnych. Są świadomym lub wynikającym z nawyku (czasem wręcz automatycznym) udawaniem emocji, aby osiągnąć cel. Są niezależne od prawdziwej reakcji emocjonalnej, często odbierane przez otoczenie jak zbyt przerysowane czy nieszczere. Żal krokodyla może być fałszywy lub zbyt żałosny, nawet w sytuacji, w której wydaje się on bardzo adekwatny. Szczery, czy nie - daje jednak szansę na przebaczenie.

Rozpoznanie i zrozumienie własnych reakcji emocjonalnych może stać się ważnym krokiem ku zdrowiu dla osób, które "mają kłopot z emocjami", chcą nad nimi panować, czy ich nie rozumieją. Każdy z nas znajdzie w swojej przeszłości i teraźniejszości każdą z powyższych reakcji. Aby zmienić silne i utrwalone reakcje emocjonalne nie wystarczy rozumne "mędrca szkiełko i oko". Emocje zmienia doświadczenie innych emocji - bardziej adekwatnych i przystosowawczych. A ponieważ w dużej mierze reakcje dysfunkcyjne kształtują się w relacjach, to nowe korektywne doświadczenie może być nieosiągalne w pojedynkę.

*(ang. Emotion Focused Therapy - EFT) również: terapia skoncentrowana na procesie doświadczania, której autorami są Leslie Greenberg, Laura Rice, Robert Elliott, Jeanne Watson, Ronda Goldman, Sandra Paivio i Antonio Pascual-Leone.


Dla osób zainteresowanym tematem i EFT polecamy film "Alfred and a shadow" (wersja anglojęzyczna).