31 lipca 2016

Czy jesteś nastawiony na rozwój?


Co decyduje o tym, czy osiągamy w jakiejś dziedzinie mistrzostwo, że jesteśmy w czymś bardzo dobrzy? Niektórzy twierdzą, że są to wrodzone zdolności, cechy, coś z czym przychodzimy na świat i czego nie można w znaczący sposób zmienić. Inni uważają, że zmiana jest możliwa, a kluczem do niej jest celowe zaangażowanie, wysiłek, praca. Carol Dweck nazywa to pierwsze podejście nastawieniem na trwałość, drugie zaś nastawieniem na rozwój i w swojej książce „Nowa psychologia sukcesu” pokazuje, jak każde z nastawień wpływa na różne obszary życia - edukację, pracę zawodową, związki z ludźmi.

Nastawienie na trwałość to przekonanie, że cechy człowieka są niezmienne, że jesteśmy zdolni, inteligentni, mądrzy, posiadamy pożądane cechy osobowości lub nie. Koniec, kropka. Ludzie z takim nastawieniem czują przymus nieustannego potwierdzania swojej wartości. Za każdym razem, gdy podejmują się jakiegoś zadania, podchodzą do egzaminów, biorą udział w zawodach, konkursach czy zabierają publicznie głos, rzucają na szalę wszystko, całego siebie. Albo odniosą sukces i udowodnią, że są coś warci, albo przydarzy im się porażka, która w ich mniemaniu potwierdzi to, czego zawsze się obawiają, że są niewystarczający, niekompetentni, nieudani. Nastawienie na trwałość oznacza życie w ciągłym strachu, że pewnego dnia świat odkryje, jaki jesteś naprawdę, że jesteś niewiele wart. Towarzyszy mu lęk przed krytyką. Oznacza też niechęć do podejmowania wyzwań, mierzenia się z trudniejszymi zadaniami i ciągłe wątpliwości co do wartości swoich działań i umiejętności. Takie osoby niechętnie uczą się nowych rzeczy, ponieważ nie mają pewności, że im się uda, że odniosą sukces. Kiedy mogą wybrać typ zadania do wykonania, zwykle wybierają zadania łatwiejsze, dające pewność sukcesu.

Nastawienie na rozwój to przeciwieństwo nastawienia na trwałość. Ludzie z takim nastawianiem są przekonani, że różne cechy i umiejętności można rozwijać przez pracę. Nie oznacza to wiary, że każdy może osiągnąć wszystko, czego zapragnie, bo ludzie różnią się pod względem talentu, zdolności, temperamentu. Nastawienie na rozwój to postawa zmiany i doskonalenia się. Jeśli się przyłożysz, włożysz w coś odpowiednio dużo wysiłku, osiągniesz więcej, choć może nie wszystko. A może wszystko? Wszak pełny potencjał jednostki nie jest znany i wiemy o swoich możliwościach tylko tyle, ile spróbowaliśmy, doświadczyliśmy. Wyróżnikiem osób nastawionych na rozwój jest chęć podejmowania wyzwań i wytrwałość, również wówczas, gdy napotykają trudności, gdy zdarzają się porażki. Bywa, że potknięcia motywują takich ludzi jeszcze bardziej, potrafią przekuwać porażki w przyszłe sukcesy. Osoby z nastawieniem na rozwój potrafią też adekwatnie oceniać swoje umiejętności i działania i są gotowi skorzystać z każdej okazji do nauki. Wybierają często trudniejsze zadania, będące dla nich wyzwaniem, bo czerpią przyjemność z pokonywania swoich ograniczeń.

Jakie jest twoje nastawienie? Możesz to sprawdzić wykonując następujące ćwiczenie:
Wyobraź sobie, że zapisałeś się na kurs, uczysz się czegoś zupełnie nowego. Prowadzący zadaje ci pytania, sprawdza czego się nauczyłeś a ty masz trudności z udzieleniem odpowiedzi. Jakie myśli pojawiają się w twojej głowie? Jakie uczucia im towarzyszą? Jeśli sądzisz, że w tej sytuacji wszyscy cię oceniają, że możesz wyjść na głupka, że się do tego nie nadajesz i cała ta nauka nie ma sensu, czujesz lęk, kurczysz się w sobie, to prawdopodobnie nastawiony cechuje cię nastawienie na trwałość. Jeśli potrafisz sobie powiedzieć, że dopiero zaczynasz się uczyć, masz prawo nie wiedzieć, że jesteś tu po to, aby się nauczyć i zamierzasz włożyć w naukę wysiłek, to prawdopodobnie jesteś nastawiony na rozwój.

Dobra wiadomość to ta, że nastawienie można zmienić. Warto przyjrzeć się swoim reakcjom, myślom, uczuciom w różnych sytuacjach życiowych, szczególnie takich kiedy pojawiają się trudności, czy to w pracy, czy w szkole, czy w związkach z ludźmi. Warto zrobić sobie rachunek zysków i strat wynikających z pielęgnowanego przez nas nastawienia na trwałość i uczyć się tego, że sukces to przekraczanie kolejnych granic, dążenie do rozwoju, a niekoniecznie oznaka niezmiennych, wrodzonych zdolności. Nastawienie na trwałość to przymus bycia jakimś, nastawienie na rozwój to proces stawania się, zmiany, wzrastania.



Carol Dweck, Nowa psychologia sukcesu, Muza SA, Warszawa 2014

20 lipca 2016

O wyrozumiałości dla siebie





Współczucie jest stanem szlachetnym, nastawionym na relację, pomoc, solidarność. Kiedy okazujemy współczucie - zauważamy, że drugi człowiek cierpi, emocjonalnie odbieramy to cierpienie (współ-czujemy), odczuwamy ciepło, troskę i chęć pomocy osobie w kłopocie. Współczucie oznacza także okazanie życzliwości (a często także szacunku) i zaniechania  surowych ocen, w przypadku strat, niepowodzeń i upadków. Jest także postawą, w której rozumiemy, że ludzie ze swej natury po prostu doskonali nie są. Dla wielu z nas taka postawa wobec osób, które kochamy jest nie tylko możliwa, ale i pożądana. Pragniemy wysłuchać, pocieszyć, pokazać, że rozumiemy, że nawet duże pomyłki i błędy nie muszą przekreślać drugiej osoby, przekreślać sensu jej istnienia. Chcemy o sobie myśleć, iż jesteśmy ludźmi zdolnymi do współczucia.  

 

Gdy jednak chodzi o nas samych - często nie decydujemy się go samym sobie okazać. Dla wielu z nas, choć go potrzebujemy, współczucie wobec siebie nie może być dobre. Uważamy, że bycie dla siebie dobrym, cierpliwym i łagodnym może sprowadzić nas na manowce rozleniwienia, rezygnacji z celów, dążeń i pragnień. Spowoduje, iż staniemy się ludźmi niemoralnymi, nieliczącymi się z innymi. W trudnych chwilach, zamiast dodawać sobie otuchę chcemy udowadniać że wszystko jest w porządku - trzymać fason udając, że nic się nie dzieje. Co więcej - niejednokrotnie stajemy się swoimi najzagorzalszymi krytykami, bezlitośnie wytykamy sobie błędy, powiększamy ich znaczenie, uogólniamy (skoro stać nas było na czyny podłe, nie zapobiegliśmy utracie, czy popełniliśmy błędy - jesteśmy podli, pozbawieni wyobraźni, uszkodzeni).

 

Współczucie dla siebie związane jest z łagodnością, uważnością na siebie samego, nie ignorowania i nie wyolbrzymiania swoich kłopotów. Jest też zrozumieniem, że nie jesteśmy samotnymi, wyizolowanymi wyspami - trudności, błędy, kryzysy, czy niedoskonałości są udziałem każdego człowieka.

 

Współczucie dla siebie nie jest jednak egocentrycznym użalaniem się nad sobą, które skoncentrowane jest jedynie na swoim cierpieniu i ignorowaniu innych. Potrafić zrozumieć siebie i dać sobie prawo do swojego bólu, nauczyć się nieść sobie prawdziwą pociechę jest ważną życiową umiejętnością. Co więcej, może także ułatwić zrozumienie innych i bycie otwartym na niesienie im pomocy. Współczucie nie jest także obojętnym rezygnowaniem z ważnych spraw i poszukiwaniem chwilowej ulgi, by nie musieć mierzyć się z wyzwaniami. Jest takim traktowaniem siebie, które nastawione jest na realizację prawdziwych potrzeb, co choć nie zawsze łatwe, jest wartością zarówno w krótszym, jak i w dłuższym czasie. Jest nastawione na nas samych, nie tylko na chwilowe (w dłuższej perspektywie szkodzące nam) obniżanie napięcia. Jest wyrazem troski i miłości do siebie, nie zaś podążaniem za impulsami. Okazanie sobie współczucia, może być motywacją do wprowadzania zmian w swoje niezdrowe, krzywdzące siebie myśli i zachowania.

 

Współczucie dla siebie nie jest również tym samym, co wysoka, niska, czy nawet realistyczna samoocena. Samoocena wiąże sie z ocenianiem samych siebie, często także porównywaniem się z innymi osobami, potwierdzaniem własnej wartości lub bezwartościowości. Współczucie dla siebie ma niewiele wspólnego z tym procesem - nie używa kategorii ocen, nie musimy zasłużyć, by móc je sobie dać. Jest związane z byciem osobą. I jak innym ludziom / stworzeniom - możemy je sobie podarować tylko z tego powodu.

 

Współczucia można się nauczyć, nawet w dorosłym życiu - nawet jeżeli nie leży ono w naszym zwyczaju, czy zwyczaju znanych nam osób. Obcując z innymi i otwierając się na nich - uczymy się współczucia dla innych, a dobrze rozumiejąc siebie i pozwalając sobie na autentyczne odczuwanie - współczucia dla siebie.


Więcej na temat współczucia dla siebie: na stronie i w publikacjach Dr Kristin Neff, http://self-compassion.org/

27 czerwca 2016

Czas po zakochaniu - czyli o bliskich długotrwałych związkach


Bycie w bliskim, długotrwałym związku to jedno z trudniejszych zadań, jakie napotykamy. Wnosimy w niego doświadczenia z wcześniejszych relacji, własną osobowość, nawyki, a wszystko to wchodzi w interakcję z nie mniej skomplikowaną rzeczywistością drugiej osoby.
Nic dziwnego, że w relacjach oprócz okresów harmonii w naturalny sposób wciąż czekają nas wyzwania, przeszkody, niespodzianki, kryzysy. Nie ma jednej recepty na dobry związek, ani jednego właściwego modelu bliskiej relacji. Można jednak wyróżnić takie jej właściwości, które sprzyjają osiąganiu z niej satysfakcji.

Nieraniąca komunikacja
Konflikty są nieuniknione, mogą zresztą budować i rozwijać zarówno związek, jak i każdego partnera z osobna. Ważne są jednak intencje i sposób komunikacji różnicy zdań i rozbieżności potrzeb. Strategie, które nie służą budowaniu związku to szukanie winnych i bronienie się przed winą. Konstruktywną alternatywą jest nastawienie na wyrażenie siebie, zrozumienie partnera oraz szukanie rozwiązań. Warto też być uważnym, jakie intencje kierują nami w trakcie konfliktu. Czy szukamy porozumienia? Czy jesteśmy gotowi zobaczyć swój udział w konflikcie? Czy jesteśmy zainteresowani perspektywą partnera? A może chcemy, by partner "poczuł jak bardzo nas skrzywdził", "zobaczył jak źle się zachował", "uznał, że to przez niego my czujemy się źle"?

Dojrzałość emocjonalna
Dobre funkcjonowanie emocjonalne jest ważnym atutem przy budowaniu bliskich związków. W obliczu rozmaitych okoliczności życiowych przyda nam się umiejętność i gotowość do mierzenia się z różnymi emocjami - zarówno własnymi, jak i partnera. Podstawą jest zdolność rozpoznawania co przeżywamy, czego chcemy i czego nie chcemy - także wtedy, gdy uczucia są trudne lub należą do naszej ciemnej, nielubianej przez nas strony. Osoba dojrzała emocjonalnie potrafi zaakceptować, że może się złościć, bać, czuć zazdrość, że czasem zachowuje się egoistycznie lub raniąco. Gdy potrafimy przyjąć podobną część od swojego partnera, tworzy się nowy obszar wspólnego bycia. Prawdziwe i pogłębione związki będą też wielokrotnie wymagały gotowości do żegnania się z iluzjami - na temat siebie, partnera, życia. Umiejętność przeżycia tych strat jest kolejnym budulcem relacji.

Kryzysy naturalne
Gotowość do mierzenia się z trudnościami jest niezbędna, jeśli chcemy stworzyć trwały związek. Warto uznać, że są one naturalnym i koniecznym elementem związku, a ich przezwyciężanie to okazja do rozwoju i pogłębienia relacji. Szkodliwe jest gdy pragniemy, by w związku było tylko przyjemnie, a kryzysy traktujemy automatycznie jako dowód, że wybraliśmy nie tego partnera. Związek to wciąż dziejący się proces, nie ustalony raz na zawsze stan.

Optymalny dystans
Aby partnerzy mogli czerpać satysfakcję ze związku, potrzebne jest, by znaleźli optymalną dla siebie równowagę między bliskością a dystansem. Wymaga to założenia, że ważne są trzy elementy: moje indywidualne potrzeby, twoje indywidualne potrzeby oraz potrzeby związku. Dbałość o każdy z nich pozwoli na znajdowanie równowagi między byciem razem i byciem osobno.

Elastyczność w przyjmowaniu różnych ról
W związkach często zdarza się, że do głosu dochodzą wzorce partnerów z rodzin pochodzenia - na przykład w relacji szukamy tego, czego nie dostaliśmy w dzieciństwie. Nie jest to kłopot, jeśli jest to jedna z możliwości zachowania. Zagrażające bywa dla związku jednak sztywne trzymanie się tylko jednego podziału ról - np. jeden z partnerów zawsze wymaga opieki, a drugi ją daje. Co prawda taka sztywność może na krótką metę scalać związki - także jeśli bywa toksyczna. Nawet jednak, gdy jest akceptowana przez oboje partnerów niesie ze sobą koszty: brak możliwości rozwoju siebie, rozmaitych części własnej osobowości a także ryzyko, że związek się załamie, gdy okoliczności zewnętrzne uniemożliwią trwanie w znanym schemacie.

Bycie w bliskim, długotrwałym związku bywa trudne, skomplikowane, wymagające. Jednocześnie, gdy podejmujemy to wyzwanie, korzyści mnożą się. Mamy szansę rozwinąć się jako osoby, doświadczyć coraz głębszych kontaktów, coraz mądrzej i pełniej przeżywać życie. Warto?




Tekst inspirawany książką: „Kochaj wystarczająco dobrze”. A. Jucewicz, G. Sroczyński

31 maja 2016

Dialog z samym sobą i autentyczność w komunikacji



Po raz kolejny wracamy do tematu „Sztuki rozmawiania”. Uważni czytelnicy naszego bloga mogą pamiętać artykuły poświęcone czterem płaszczyznom wypowiedzi (Co autor miał na myśli, czyli co komunikujemy, kiedy mówimy), czyli kwadratowi komunikacji zaproponowanemu przez Friedemanna Schulza von Thuna oraz czterem płaszczyznom odbioru komunikatów, czyli słuchaniu czworgiem uszu (Którym uchem słuchasz, czyli kwadratowej komunikacji ciąg dalszy). Dziś wprowadzimy naszych czytelników do pojęcia „wewnętrznego zespołu” – mnogości głosów, często sprzecznych ze sobą, obecnych we wnętrzu każdego z nas.

Dla Friedemanna S. von Thuna, najważniejszym kryterium dobrej komunikacji jest współbrzmienie, definiowane jako „podwójna zgodność zarówno z samym sobą, jak również z ogólnym charakterem sytuacji”. Inaczej mówiąc, współbrzmienie to autentyczność, wrażliwość na siebie samego, swoją tożsamość oraz wyczucie sytuacji, kontekstu zewnętrznego. Bycie dobrym partnerem do rozmowy wymaga więc spojrzenia w siebie, w swoje wnętrze i otworzenia oczu na system, kontekst, otoczenie, posiadania informacji o wewnętrznym człowieku i zewnętrznej sytuacji.

Co oznacza wrażliwość na samego siebie? Człowiek nie jest bytem jednorodnym. We wnętrzu każdego człowieka mieszka wielu rozmówców, panuje pluralizm, słyszalne są różnorodne, czasem sprzeczne ze sobą głosy. Niektóre są silne i dobrze słyszalne, inne słabsze, nieśmiałe, jeszcze inne ledwo dostrzegalne, dochodzą do głosu po dłuższym czasie. Są i takie, których praktycznie nie słyszymy, które dają o sobie znać poprzez emocje, których doświadczamy czy dolegliwości somatyczne niewiadomego pochodzenia. Niektórych głosów w naszym wnętrzu się wstydzimy, ich obecność przeżywamy jako nieprzyjemną, przykrą, niechcianą. Wszystkie te głosy tworzą nasz „wewnętrzny zespół”, przypominający dynamiką grupy i zespoły znane nam z otoczenia społecznego czy zawodowego. Wewnętrzny zespół to odzwierciedlenie tego, co przeżywamy podczas gdy kwadrat wypowiedzi obrazuje to, co wypowiadamy. Aby komunikować się autentycznie, spośród mnogości głosów w naszym wnętrzu musimy stworzyć jednolite „ja”. To zadanie naszego wewnętrznego szefa, odpowiedzialnego za radzenie sobie z wewnętrznymi konfliktami w zespole. Skład wewnętrznego zespołu i jego ustawienia zależą od sytuacji i aktualnego kontekstu.

Wewnętrzne głosy to nosiciele naszych dążeń, wartości, przekonań, potrzeb. Pojawiły się w reakcji na nasze życiowe doświadczenia, są głosami ważnych osób z naszego życia, odzwierciedlają kulturę, w jakiej żyjemy, otoczenie społeczne, czasem aktualne położenie życiowe. Każdy z nich ma swoje „orędzie”, posiadające trzy wymiary: poznawczy (myśli), emocjonalny (uczucia) i motywacyjny (potrzeby). Rozpoznanie naszych wewnętrznych rozmówców, poznanie ich i zrozumienie to sposób na poszerzanie samoświadomości i lepsze rozumienie siebie. Poznanie i akceptacja niechcianych wewnętrznych rozmówców wzmacnia naszą autentyczność. Doprowadzenie do współpracy i porozumienia pomiędzy członkami naszego wewnętrznego zespołu pozwala na efektywniejsze działanie, prowadzi do rozwoju.

Kim więc są członkowie twojego wewnętrznego zespołu? Jakie orędzie wygłaszają? Co reprezentują? Czy słyszysz w sobie „popędzacza”, „zagonionego”, „współczującego”, „oburzonego”, „skłonnego do pomocy”, „myślącego o sobie”? Być może w twoim wnętrzu mieszkają te lub zupełnie inne osoby. Czasem trudno je rozpoznać bo wchodzą ze sobą w sojusze, kompromisy a nasze zachowanie jest wypadkową ich działania. Bywa, że ich reakcje zmieniają się w zależności od okoliczności – raz się oburzają, innym razem reagują zadowoleniem. Możesz próbować poznawać je samodzielnie, dokonać swoistego „spisu ludności”, wglądu w siebie. W ich poznawaniu pomóc też może coach, psycholog, psychoterapeuta. A poznawać je i skłaniać do współpracy warto, bo jak pisze Friedemann Schulz von Thun „Tajemnica twórczego życia zawodowego i psychicznego (z efektywnością na zewnątrz i dobrą atmosferą wewnętrzną) leży w udanym współbrzmieniu kooperatywnego kierownictwa i pracy wewnątrz zespołu”.


Cytaty pochodzą z książki "Sztuka rozmawiania", część 3 - Dialog wewnętrzny, Friedemanna Schulza von Thuna (Wydawnictwo WAM, Kraków 2007)

10 maja 2016

Emocjonalne manowce




O tym, że "czucie i wiara" są dla nas niezastąpionym drogowskazem, informacją o rzeczywistości, komunikatem o nas samych, czy o naszych relacjach, psychologowie mówią dużo i często. Także na naszym blogu można znaleźć niejeden post, o tym, że emocje zasadniczo służą nam i naszemu rozwojowi, o tym jak kształtują naszą wewnętrzną rzeczywistość i nasze porozumiewanie się ze światem zewnętrznym. Każdy z nas doświadczył jednak sytuacji, w której reakcje emocjonalne jego samego lub bliskich mu osób wydawały się nieadekwatne, niezwiązane z sytuacją  lub  prowadziły do problemów.

Jedno z wyjaśnień kłopotów związanych z emocjami przedstawili twórcy podejścia terapeutycznego skoncentrowanego na emocjach.* Zaproponowali oni pojęcie schematów emocjonalnych - niedostępnych świadomości procesów, dzięki którym rozumiemy i porządkujemy nasze doświadczenie i które bezpośrednio motywują nas do wyboru takiego, a nie innego sposobu działania. Reakcje emocjonalne mogą być adaptacyjne i dysfunkcyjne. Pierwotne emocje adaptacyjne pomagają nam w funkcjonowaniu. Bezpośrednio i natychmiast odnoszą się do sytuacji, w której się znajdujemy. Są adekwatne do sytuacji i pozwalają nam na reagowanie, które będzie nas chronić, czy motywować do zaspakajania potrzeb. I tak złość pozwoli nam obronić się przed atakiem, strach unikać zagrożenia, a wstyd zmotywuje do naprawiania niestosownych zachowań i pielęgnowania dobrych relacji z innymi ludźmi.

Twórcy podejścia rozróżnili także trzy formy dysfunkcyjnych reakcji emocjonalnych. Pierwszą z nich są reakcje nieadaptacyjne, przeszkadzające w zdrowej egzystencji. Są bezpośrednią odpowiedzią na daną sytuację, jednak nauczyliśmy się ich wcześniej, często w trudnych, czy wręcz traumatycznych okolicznościach. Przykładem takiej reakcji jest gniew, gdy ktoś okazuje nam troskę. Taki stan może być wynikiem doświadczenia, w którym nasz ból spotkał się z pozornym ciepłem i z rzeczywistym wykorzystaniem. Gniew jest zatem adekwatną reakcją na przekraczanie granic, a trudne doświadczenie połączyło ścisłym węzłem troskę z nadużyciem.

Wtórne reakcje emocjonalne związane są bezpośrednio z pierwotnymi i jednocześnie je zagłuszają. Są reakcją na reakcję. To sytuacje, gdy osoba, zmienia swoją pierwotną emocję na inną. Ten proces wiąże się z brakiem akceptacji (najpierw otoczenia, a potem swojej) dla prawdziwej odpowiedzi na sytuację dane wydarzenie. Zdarza się na przykład, że z różnych powodów nie wolno nam pokazywać pewnych emocji np. gdy dziewczynka w reakcji na atak czuje i okazuje adekwatną złość, lecz jest za nią karcona ("nie wypada", "dziewczynki powinny być miłe", "taka wściekła jesteś bardzo brzydka") - pragnąc akceptacji, nie może jawnie okazywać złości. Może za to zupełnie otwarcie przeżywać smutek. Na atak reaguje więc smutkiem i zamiast bronić się w asertywny, czy nawet agresywny sposób, smuci się i staje jeszcze bardziej bezbronna. W podobnej sytuacji często znajdują się chłopcy, którzy niczego się nie boją i nie płaczą.

"Krokodyle łzy" są przykładem instrumentalnych reakcji emocjonalnych. Są świadomym lub wynikającym z nawyku (czasem wręcz automatycznym) udawaniem emocji, aby osiągnąć cel. Są niezależne od prawdziwej reakcji emocjonalnej, często odbierane przez otoczenie jak zbyt przerysowane czy nieszczere. Żal krokodyla może być fałszywy lub zbyt żałosny, nawet w sytuacji, w której wydaje się on bardzo adekwatny. Szczery, czy nie - daje jednak szansę na przebaczenie.

Rozpoznanie i zrozumienie własnych reakcji emocjonalnych może stać się ważnym krokiem ku zdrowiu dla osób, które "mają kłopot z emocjami", chcą nad nimi panować, czy ich nie rozumieją. Każdy z nas znajdzie w swojej przeszłości i teraźniejszości każdą z powyższych reakcji. Aby zmienić silne i utrwalone reakcje emocjonalne nie wystarczy rozumne "mędrca szkiełko i oko". Emocje zmienia doświadczenie innych emocji - bardziej adekwatnych i przystosowawczych. A ponieważ w dużej mierze reakcje dysfunkcyjne kształtują się w relacjach, to nowe korektywne doświadczenie może być nieosiągalne w pojedynkę.

*(ang. Emotion Focused Therapy - EFT) również: terapia skoncentrowana na procesie doświadczania, której autorami są Leslie Greenberg, Laura Rice, Robert Elliott, Jeanne Watson, Ronda Goldman, Sandra Paivio i Antonio Pascual-Leone.


Dla osób zainteresowanym tematem i EFT polecamy film "Alfred and a shadow" (wersja anglojęzyczna).

20 kwietnia 2016

Ciało w depresji

 Fot:  Sophie Charlotte(CC BY-ND 2.0)



Mam na imię Depresja.
Jeśli u Ciebie zawitałam, zamieszkałam też w Twoim ciele.
Jestem jak powłoka oddzielająca Cię od kontaktu z Twoim ciałem.
Jeśli się u Ciebie rozgościłam, nałożyłam Ci maskę na twarz. Ukrywam nią przed innymi Twoje uczucia.
Chowam je także przed Tobą samym.
W mojej masce trudno Ci wyrażać emocje.
Jednak często niepostrzeżenie wypełzam na Twoje oblicze - widać wtedy moją prawdziwą naturę:
smutek, zobojętnienie, brak życia.
Usztywniam Twoje ciało.
Wysysam z niego energię.
Ciągnę je w dół.
Zadaję mu ból.
Spłycam oddech.
Zabieram barwę głosu.
Zaciskam szczęki.
Nie pozwalam Ci pozbyć się napięcia.
Usztywniam Cię.
Z czasem - znieczulam Cię na wszystkie cielesne odczucia.



Alexander Lowen w swojej książce "Depresja i ciało" przedstawia różnicę między osobą cierpiącą na depresję a zdrową w następujący sposób: „[…] Pozwolę sobie porównać człowieka do skrzypiec. Kiedy ich struny mają właściwe napięcie, wibrują i emitują dźwięki. Można na nich zagrać wesołą lub smutną melodię, marsz pogrzebowy lub odę do radości. Jeśli skrzypce są rozstrojone, otrzymamy tylko kakofonię. Jeśli struny są zupełnie luźne, nie otrzymamy dźwięku w ogóle. Instrument jest wtedy martwy, nie reaguje na nasze zabiegi. To właśnie stan osoby pogrążonej w depresji: jest niezdolna do reagowania."
Proces wychodzenia z depresji to między innymi stopniowe odzyskiwanie żywotności i czucia, także w wymiarze fizycznym. Poprzez naukę rozpoznawania tego, co dzieje się w ciele i w emocjach, człowiek zyskuje możliwość wyrażania, a także odpowiadania na sygnały wysyłane przez organizm. Ciało takiego człowieka, może zagrać każdą melodię. I choć część z nich będzie smutna lub trudna, to ostatecznie jest to niska cena za możliwość grania.



Uważaj na mnie.
Jeśli będziesz starał się odzyskiwać czucie swojego ciała, zyskasz na nowo kontakt z nim,
opuszczę Cię.
Jeśli nauczysz się stać mocno na własnych nogach, głębiej oddychać,
jeśli poczujesz napięcia w swoim ciele i nauczysz się je rozluźniać,
możesz mnie stracić.
Jeśli Twoje ciało odzyska życie - odejdę.




Jeśli zainteresował cię ten temat, przeczytaj więcej tu: A. Lowen, "Depresja i ciało", Warszawa 2012.